czwartek, 7 marca 2013

Prosto... o własnym piwie :)



Namówiłam M. na notkę. Lubię kiedy opowiada o piwie... a więc zapraszamy :)

Od dawna wyznaję zasadę, że robić cokolwiek można tylko na dwa sposoby: porządnie albo wcale. Czas spędzony w kuchni nie jest wyjątkiem: jeśli już stać przy garach, to przez kilka godzin. Jeżeli mieszać, to wielką drewnianą łyżką. Najlepiej w garnku zajmującym trzy czwarte kuchenki.

Dlaczego warzę piwo w domu? Bo lubię. Bo odstresowuje mnie skupienie się przez sporą część dnia wyłącznie na jednym zadaniu. Bo ten proces jakoś szczególnie fascynował mnie już na studiach (i wbrew pozorom, nie tylko od strony konsumpcyjnej). Bo jeśli chodzi o smak i jakość, to mniej więcej tak jak z chlebem: w większości sklepów można kupić głównie biały, pszenny, z polepszaczami, niezbyt zdrowy, szybko się psujący i smakujący tak samo. Kiedy prawie osiem lat temu warzyłem po raz pierwszy, w Polsce bez problemu można było kupić tylko piwo mokre, żółte i z bąbelkami, produkowane przez 3 wielkie koncerny i nie różniące się absolutnie niczym. Na moje szczęście, miałem już wtedy za sobą pierwszą wizytę w Belgii i kiełkującą świadomość, czym jest kultura piwa. W mojej własnej kuchni i w kwestii chleba, i piwa ogranicza mnie jedynie wyobraźnia i umiejętności. A efekty cieszą niezmiennie, mimo, że kupić dobry chleb i ciekawe piwo jest już zdecydowanie łatwiej niż kiedyś.

Do domowego piwowarstwa potrzeba minimum prostego sprzętu: duży garnek, solidna łycha albo mieszadło, wiadro – fermentor z plastiku przeznaczonego do kontaktu z żywnością, drugi z otowrkami w dnie do filtracji, kawałek wężyka, cylinder miarowy (tzw. menzurka) i areometr, prosty przyrząd do pomiaru zawartości ekstraktu w brzeczce. Surowce to woda, słody (ziarna zbóż poddane kontrolowanemu, odpowiednio zatrzymanemu procesowi kiełkowania i obróbce termicznej), chmiel i drożdże, a także dodatki zależne od stylu piwa – np. płatki dębowe, kolendra, skórka gorzkiej pomarańczy, owoce... Zamiast słodu można użyć ekstraktów słodowych – to mniej więcej jak gotwanie zupy z torebki, daje ograniczone rezultaty, ale jest dobrym treningiem i pozwala poznać proces. W skrócie, zadanie piwowara polega na tym, żeby ześrutowane (rozdrobnione) słody zmieszać z wodą i przetrzymać odpowiednio długo w temperaturach optymalnych dla pracy zawartych w ziarnie enzymów, których głównym zadaniem jest przekształcenie skrobi w cukry proste. Ten etap to zacieranie, w którego wyniku po przefiltrowaniu otrzymujemy brzeczkę (i młóto, czyli resztki ziaren, swoją drogą po wystudzeniu będące idealnym dodatkiem do chleba). Następnie brzeczkę gotujemy, przyprawiając ją odpowiednio chmielem, chłodzimy i zaszczepiamy drożdżami piwowarskimi. Ich zadanie to przekształcenie cukrów w alkohol i przy okazji wytworzenie kilku innych związków chemicznych, wpływających na smak i aromat piwa. Etap, w którym drożdże bardzo intensywnie pracują, to fermentacja burzliwa – dla odróżnienia od cichej, której zadaniem jest ‘uspokojenie’ piwa, ustabilizowanie zachodzących w nim procesów chemicznych, pozwolenie resztkom drożdży opaść w fermentorze. Po cichej fermentacji ściągamy tzw. zielone piwo znad osadu drożdżowego, dodajemy wyliczoną porcję glukozy, którą drożdże w butelkach przerobią na dwutlenek węgla, czyli bąbelki – i butelkujemy. Refermentacja w butelkach trwa od 3 tygodni do nawet kilku miesięcy. Potem pozostaje już tylko cieszyć się efektem.

W sobotę postanowiłem uwarzyć piwo żytnie i przy okazji przypomniałem sobie, jak piwowarstwo uczy pokory i jak ważne jest kontrolowanie wszystkich parametrów procesu – słód żytni okazał się być trudnym przeciwnikiem, bo nie dość, że jest pozbawiony łuski (kluczowej w procesie filtracji), to jeszcze daje bardzo kleisty zacier, gęstniejący wraz ze spadkiem temperatury. Po wielu zabiegach, do fermentora trafiło tylko 13 z oczekiwanych 20 litrów brzeczki. Już następnego dnia musiałem zostawić ją pod opieką Agaty i wyjechać na tydzień, ale ponoć i pod jej okiem drożdże nie próżnują, czego dowodem piana w fermentorze. Czyli za kilka tygodni możecie spodziewać się relacji z pierwszych analiz sensorycznych ;)

I jeszcze jedno: domowe piwowarstwo jest całkowicie legalne (nie wolno jedynie sprzedawać uwarzonego w ten sposób piwa), i – pomijając eksperymenty takie, jak mój sobotni – naprawdę proste. Świat smaków, aromatów i kolorów piwa jest praktycznie nieskończony i dobierając odpowiednio surowce, czas i inne parametry poszczególnych etapów, możemy uwarzyć piwa tak różne jak Bière blanche i Porter bałtycki. Internet jest pełen receptur, porad, sklepów ze sprzętem i surowcami, wystarczy poszukać. Satysfakcja z syknięcia wydobywającego się spod pierwszego kapsla pierwszej otwartej butelki – gwarantowana. I rosnąca z każdym łykiem.



czwartek, 28 lutego 2013

Damskie i męskie gotowanie



Czasem tak jest, że facetowi trzeba zrobić miejsce w kuchni i dać się mu wykazać. Jak partnerstwo to partnerstwo ;) Faceci mają inny rodzaj zaangażowania, cierpliwości i precyzji. Jak ja gotuję, robię to tak jak sobie wyobrażam gotujące Włoszki. Raz dwa i coś się bulgocze, smaży, piecze i powstaje z tego danie, które wygląda i dobrze smakuje. Wtedy najlepiej jest mi nie przeszkadzać. Piorunem wykonuję czynności, które zmierzają do wiadomego końca. Nie przeszkadza mi gotowanie na dużym ogniu, używanie szybko ostrego noża. Po prostu nad wszystkim panuję.

M. natomiast zabiera się do sprawy po męsku. Spędza sporo czasu na znalezienie właściwego przepisu. Gotuje wręcz z chirurgiczną precyzją - odmierza składniki, miesza i sieka. Strategia to podstawa - każdy ruch jest przemyślany i zasadny. Gaz nie za duży żeby się nic nie przypaliło. Dobór przypraw ich proporcji jest zawsze odpowiedni. Oaza spokoju i pewna ręka. Ostatnio przyrządził genialną lasagnę z grillowanej cukinii zamiast makaronu. Może namówię go na powtórny występ i wtedy ja będę robiła zdjęcia ;)

U nas już tak jest, że podział obowiązków jest zgodny z umiejętnościami obdzielonego i zostało ustalone, że ja dobrego chleba nie upiekę. M. natomiast co tydzień przygotowuje kolejny pyszny bochenek chleba na zakwasie. Produkcję rozpoczyna w czwartek wieczorem dzięki czemu możemy cieszyć się wyśmienitym, ciepłym chlebem w sobotę rano. Taki chleb wystarcza nam na cały tydzień, więc nie pamiętam kiedy kupowałam pieczywo. Opiszę Wam kiedyś jak zrobić własny zakwas. Będzie to wyśmienity początek do otworzenia Waszej prywatnej domowej piekarni. Na razie podzielę się zdjęciami jego niedawnego popisu.

M., jak to na prawdziwego mężczyznę przystało, pojawia się w kuchni regularnie aby uwarzyć własne piwo. Lubię ten dzień. Oznacza to dla mnie zakaz wstępu do kuchni. Mogę poczytać książkę, nadrobić wszelkie zaległości w czymkolwiek. Do kuchni nie wchodzę. Jedzenie organizuję wcześniej. Przecież i tak wszystkie palniki są zajęte przez wielki gar pełen brzeczki.

W sobotę zatem nie gotuję, natomiast M. ma za zadanie przygotować fotorelację :)


sobota, 23 lutego 2013

Zapiekanka makaronowa z ricottą, pomidorkami koktajlowymi i świeżymi ziołami



Kontynuując wątek z poprzedniego posta nie mogę nie nadmienić, że jestem nadal chora, w związku z czym prawie nie gotuję i żywię się głównie rosołem. Rosół to zupa, która musi pojawić się przy każdym przeziębieniu. Koniecznie z wkrojoną marchewką i pietruszką, obsypana nieludzką ilością natki pietruszki. Nie ma nic lepszego.

Teraz mam trochę wolnego czasu, w związku z czym buszuję po rzeczach, na których patrzenie sprawia mi przyjemność. Obejrzałam zdjęcia z całej masy zdarzeń, które z jakiegoś powodu uznaliśmy, że warto zapamiętać. I tak przeglądając katalog pt. "Toskania 2012" znalazłam kopalnię wspomnień i zdjęć, którymi warto się z Wami podzielić. Analizując z czasem wpływ tego wyjazdu na moje życie dochodzę do wniosku, że nie można nie zauważyć znacznego zwiększenia szacunku dla składników i kreatywności w gotowaniu. Niesamowite, jak otoczenie, zapachy i smaki jakie udało się nam tam znaleźć, spowodowały moje 'dojrzewanie kulinarne'.

Wynajęliśmy cudowne mieszkanko w starym domu, na szczycie góry z widokiem na pobliskie pagórki i winnice. W mieszkaniu była cudowna rustykalna kuchnia i za namową właścicielki 'take any herbs you want' nie mogłam tam nie gotować. Zresztą z takimi składnikami nie mogłam inaczej. Pomidory nigdy nie były tak słodkie, czerwone... po prostu piękne.

Przepis, który zamierzam Wam dzisiaj pokazać jest tak prosty, że nie będziecie mieli żadnych trudności z przygotowaniem dania samodzielnie. Musi być prosty. W starej rustykalnej kuchni, z ziołami z ogródka, oliwą z rosnących 'za płotem' oliwek, pomidorami i ricottą z targu, nie może być inaczej.



Zapiekanka makaronowa z ricottą, pomidorkami koktajlowymi i świeżymi ziołami
(przepis na cztery duże porcje)

Składniki:
500g makaronu penne
10 pomidorków koktajlowych
ricotta do posypania
4 ząbki czosnku
szałwia
rozmaryn
oliwa z oliwek
sól, pieprz

Ugotuj makaron al dente. Wkrój do miski pomidorki koktajlowe, talarki czosnku, posiekane zioła.  Wsyp ugotowany makaron do miski, polej oliwą z oliwek i dobrze wymieszaj. Makaron nie powinien pływać w oliwie, ale powinien być w niej dobrze obtoczony. Przesyp zawartość miski do naczynia do zapiekania i pokrusz na wierzch ser. Zapiekaj w piekarniku w 170 stopniach do zbrązowienia.

Smacznego!



wtorek, 19 lutego 2013

Sałatka z kuskusu, pieczonej pietruszki i świeżej mięty

 

Niech się już zacznie wiosna!!! Samochód znowu padł pomimo 'naprawy' sprzed tygodnia. Stałam z M. w nocy na mrozie czekając na ratunek, żeby zaholować samochód pod warsztat mechanika i jakoś dostać się do domu. Zmarzłam, przemarzłam, zamarzłam... i chyba do teraz nie udało mi się rozgrzać. Paskudztwo. Od soboty mała zaraza mnie dopada, ale teraz to już jest niestety nie taka mała. A wiosną się przecież nie choruje. Wiosną jest kolorowo, świeżo i ekscytująco. Brakuje mi światła, ciepła, zieleni i zapachów. Może już niedługo?

Na rozgrzanie z lekką nutą świeżości proponuję sałatkę, którą robi się bardzo szybko i jest po prostu pyszna. Świetnie się sprawdzi na przyjęciach, czy zwyczajnie jako danie obiadowe lub tak jak w moim przypadku lunch w pracy.

Sałatka z kuskusu, pieczonej pietruszki i świeżej mięty.
(na dwie duże porcje)

1 szklanka kaszy kuskus
2 średnie pietruszki
3 ząbki czosnku
klika płatów papryki pieczonej z zalewy
garść świeżej mięty
sok z 1/4 cytryny
1 łyżeczka miodu
2 łyżki oliwy z oliwek
1/2 musztardy Dijon
rozmaryn
sól, pieprz

Rozgrzej piekarnik do 170 stopni. Wyłóż blachę papierem do pieczenia. Wsyp pokrojoną w talarki pietruszkę, polej jedną łyżką oliwy z oliwek, posól i dopieprz. Dodaj zgnieciony czosnek w łupinach i kilka pociętych listków rozmarynu. Piecz do miękkości i zrumienienia około 30 minut.

Kuskus wsyp do naczynia w którym chcesz przyrządzić sałatkę. Zalej kaszę wrzątkiem w ilości około 1 cm powyżej jej powierzchni i lekko posól. Przykryj talerzem do czasu aż spęcznieje i wchłonie całą wodę, spulchnij widelcem. Dodaj upieczoną pietruszkę, pokrojoną w kostkę paprykę i poszatkowaną miętę.

Wyciśnij do osobnej miseczki miąższ czosnku i pozbądź się łupinek. Dodaj miód, oliwę, sok z cytryny, musztardę i dobrze wymieszaj. Wlej sos do miski z sałatką i bardzo dobrze wymieszaj.

Najlepsza będzie serwowana na zaraz po przyrządzeniu.

Smacznego!


niedziela, 17 lutego 2013

Zapieczona piramidka z grillowanych warzyw z jajkiem

Czy ta szaroburość za oknem też Was wprawia w jakiś taki dziwnie nostalgiczny nastrój? Mnie tak. Od rana próbuję się temu nie poddać, ale niestety jak na razie z marnym skutkiem. Od rana zastanawiam się, czy powzięty plan na dzisiaj jest optymalny. Tyle rzeczy do zrobienia, a tak mało czasu. Będziemy się za 3-4 miesiące przeprowadzać. Nie pierwszy raz zresztą, ale pierwszy raz na serio, na stałe i na 'swoje'. I nie wiem, jak się mam do tego zabrać. Chciałabym, żeby ta przestrzeń była piękna i żeby to był nasz Dom. Miejsce, w którym będziemy się czuć swobodnie, dobrze. I nie wiem, jak te wszystkie moje myśli, inspiracje przelać na papier w taki sposób, żeby móc M. pokazać koncepcję. Brakuje mi wiedzy i narzędzi. Jak to się robi, żeby cztery kąty pod samym lasem mogły być jak z obrazka: piękne, kreatywne, inne? Jak zrobić coś, co zostanie z nami przez lata i będzie się niezmiennie podobać? Tego jeszcze nie wiem, ale przecież muszę się dowiedzieć.

Możecie się spodziewać wielu notek z gatunku "bawię się w stolarza, szwaczkę, renowatora", etc.

W ramach nie poddawania się chandrze, przygotowałam dzisiaj bardzo smaczne, pożywne śniadanie. Robi się je naprawdę prosto a efekt jest jak z obrazka. Nie można tego zepsuć!

Zapieczona piramidka z grillowanych warzyw z jajkiem.
(przepis na 2 porcje)

Składniki:
2 jajka
2/3 czerwonej papryki
2/3 żółtej papryki
1/2 cukinii
1 cebula
oliwa z oliwek
sól, pieprz

Warzywa umyj. Odetnij ogonki z papryk i postaw szerszą częścią do dołu. Odetnij po 4 jak najbardziej płaskie płaty z każdej z papryk. Cukinię i cebulę pokrój w krążki. Na rozgrzaną patelnię grillową wlej 2 łyżki oliwy z oliwek. Ugrilluj warzywa do miękkości, posól i popieprz do smaku.

Rozgrzej piekarnik do 170 stopni.

Przygotuj dwa naczynia do zapiekania. Ja użyłam dwóch kokilek o średnicy 10 cm. Wlej po jednej łyżeczce oliwy z oliwek. Rozsmaruj dokładnie. Wbij po jednym jajku. Posól i dopieprz do smaku. Układaj na jajku naprzemiennie warzywa robiąc różnokolorowe warstwy.

Wstaw do rozgrzanego piekarnika i piecz około 10 minut. Wyjmij i przejedź nożem dookoła ścianek tak, aby upewnić się, że nic nie przywarło. Połóż ściśle talerz na kokilce i obróć naczynia razem o 180 stopni. Postaw talerz na blacie (kokilka będzie stała na talerzu do góry dnem, a nasza piramidka będzie jeszcze w środku). Ostrożnie podnieś naczynie do góry.

Smacznego!




czwartek, 14 lutego 2013

Walentynki klasycznie ;)

Walentynkowe uszczuplanie zapasów z toskańskiej wyprawy trwa. W kieliszkach Campacci Chianti Classico Riserva 2005... absolutnie uwielbiam!

Udanych Walentynek od Prosto z kuchni...





piątek, 8 lutego 2013

Pasta z czerwonej fasoli




Mam dzisiaj nieprzyzwoicie dobry humor. A Wam jak minął dzień?

Lubię kiedy widzę sens tego co robię i to ‘coś’ mi wychodzi tak jak chcę. Czasem może przecież się tak zdarzyć ;)

Dzisiaj tak właśnie było. Zmierzyłam się z moimi stresami, dopięłam wszystko na ostatni guzik i zrobiłam wszystko to, co zaplanowałam zrobić. Jestem dzisiaj bez zaległości.

Wczoraj nie złamałam się nawet na ani jednego pączka i trzymałam się konsekwentnie postanowień. Konsekwencja to taka nowość w moim życiu. Też ją lubię.

Chwilę przed ostatkowym szaleństwem, na jaki zaraz się wybieram, chcę polecić coś, co śmiało może przydać się na jutrzejsze śniadanie. Dla mnie smak jest genialny. Znowu szczerze polecam :)

Pasta z czerwonej fasoli

(wystarczy na kilka kanapek)

Składniki:
1 puszka czerwonej fasoli odsączonej z zalewy
2 ząbki czosnku
sól
pieprz
świeża kolendra
1 łyżeczka brązowego cukru
starta gałka muszkatołowa
skórka pomarańczowa suszona (opcjonalnie)
 

Odsączoną fasolę włóż do blendera, dodaj zgnieciony czosnek, przyprawy i połowę posiekanej kolendry. Zmiksuj na gładką masę. Spróbuj i dopraw do smaku. Podawaj wedle uznania. Ja lubię tę pastę serwować na kanapkę posypaną kolendrą. Jeżeli nie masz kolendry możesz zastąpić ją natką pietruszki.

Przepis ten może posłużyć również, jako część farszu do naleśników. Można dodać kawałki przesmażonego łososia i mamy pełne danie obiadowe.

Smacznego!